RPG blog

Trochę o graniu, trochę o prowadzeniu Gier Fabularnych

Nie jestem pewien jakie wy macie doświadczenia z walką w grze RPG. Nie jest to prosty ale na pewno bardzo regularnie występujący element gier RPG, i może wyglądać naprawdę różnie. Zaprezentuję kilka znanych mi permutacji tego jak walka może wyglądać

MG: Opis miejsca walki. Krótki opis przeciwnika.
„(…) zbiera się już do zadania ciosu, tym niemniej jesteś od niego nieco szybszy – twój ruch”
Gracz: *turl* to ja go za 3 i *turl* za 15!
MG: nieźle, dostał mocno, ledwo dycha. *turl* wali cię za 5
Gracz: *turl* unik! *turl* i cios za 8
MG: dobiłeś go, pada.

Jak wam się podobał taki opis walki? W dechę? No coż, i takie się zdarzały. Czasem po prostu szkoda czasu na krótkie walki z mało znaczącym przeciwnikiem. Tym niemniej można byłoby to zrobić nieco lepiej.

MG: Opis miejsca walki. Krótki opis przeciwnika.
„(…) zbiera się już do zadania ciosu, tym niemniej jesteś od niego nieco szybszy – twój ruch”
Gracz: To ja mu dwa szybkie mieczem .. *turl* trafiam za *turl* ooo.. tylko 3 i *turl* znowu trafiam *turl**turl* za 15!
MG: twój pierwszy cios zostaje zbity przez przeciwnika choć widać, że ręka mu po nim nieco zdrętwiała. Nie zdążył więc zablokować drugiego ciosu. Twój miecz wbija się w udo, ciężko go raniąc. Krew tryska z rozcięcia, jest duża szansa, że zaraz upadnie. Tym niemniej próbuje jeszcze ciąć cię przez pierś.
Gracz: *turl* unik! *turl* znowu trafiłem *turl* za 8
MG: zręcznie odskakujesz poza zasięg jego miecza a chwilę później sam atakujesz. Twój przeciwnik z lekkim zdziwieniem wpatruje się w twój miecz wbity w jego brzuch, potem upada na kolana i chwilę później leży martwy u twych stóp.”

Co warto wypunktować w tej scence? Przede wszystkim to, że jest strasznie jednostronna. Wprawdzie to gracz podejmuje „strategiczne” decyzje – ile ciosów, w kogo, czy uniknąć, jak reagować. Ale całość opowieści jest tworzona przez MG. Całość interakcji jest tak naprawdę tworzona przez MG – gracz vs. przeciwnik, gracz i otoczenie. Oczywiście czasem gracze są bardziej kreatywni ale jak często?
A teraz dla porównania inny opis walki:

MG: Opis miejsca walki. Krótki opis przeciwnika
„(…) zbiera się już do zadania ciosu, tym niemniej jesteś od niego nieco szybszy – twój ruch”
Gracz: Moja daiklava wybucha płomieniem. Podbiegam do przeciwnika a kiedy mój pierwszy cios go dosięga, pozostawia za sobą krwawo-czerwony łuk esencji.  Jednocześnie z pierwszym ciosem wybijam się w powietrze, przeskakuję za jego plecy i jeszcze w powietrzu tnę drugi raz.
MG: Nieźle. masz 2 dodatkowe kostki
Gracz: *turl* pierwszy cios trafia, słabo, tylko za 3. *turl* drugie za to trafia doskonale – za 15!
MG: No dobra, przeciwnikowi tylko nieco zdrętwiało ramię po sparowaniu pierwszego twojego ciosu, ale drugiego już się nie spodziewał, tniesz go mocno w ramię, blisko szyji. Próbuje jeszcze odwrócić się i ciąć cię *turl*
Gracz: *turl* lekko tylko odskakuję i bez problemu unikam jego ciosu. Następnie zbijam jego miecz na bok i dobijam go ciosem w brzuch.
MG: miecz wypada mu z ręki. Z zaskoczeniem wpatruje się jeszcze w ostrze twojego miecza w jego ciele, pada na kolana i chwilę później leży martwy u twych stóp.”

Różnice widoczne? Jak dla mnie gołym okiem. Gracz nie wciska tu tylko klawiszy z napisami „atak” i „unik”. Bierze równiez udział w tworzeniu opowieści. W nagrodę dostaje od MG dodatkowe kostki/bonus do opisywanej akcji. W sumie walka ma ten sam wynik, ale jest bardziej interaktywna a opisanie jej nie spoczywa całkowicie na barkach Mistrza Gry.

Tak zazwyczaj wyglądają walki w Exalted. Dlaczego? Dzięki bardzo prostem acz skutecznemu pomysłowi autorów systemu – Stunts. Ilekroć gracz opisze akcje swojej postaci w barwniejszy sposób niz „walę go za 8″, dostaje od MG dodatkowe kostki do swoich akcji. Co więcej, jeżeli zaplanowana akcja mu wyjdzie, odzyskuje nieco zasobów (w formie esencji). Im barwniejszy i bardziej interaktywny opis tym większa nagroda. Jednokostkowe stunty zwykle polegają na opisie tego co robi twoja postać. Dwukostkowe stunty wymagają już interakcji twojej postaci z otoczeniem albo z przeciwnikiem. Trzykostkowe stunty w pełni wykorzystują otoczenie i są zwykle bardzo dobrze opisane – za taki stunt dostaje się w nagrodę dodatkowy punkt doświadczenia. Jest więc w sumie o co się starać.
Czasem gracze oczywiście nie chcą albo nie bardzo umieją wymyślić dobry opis i stuntu nie ma, ale sesje wyglądają dużo barwniej kiedy każdy stara się aby jego postać pokazała się podczas walki. Suche wymiany ciosów zmienją się w epickie pojedynki.

Dla tych, którzy ten pomysł widzą pierwszy raz – jak zacząć? Jako MG nagradzaj nawet bardzo małe próby dobrego opisu – tak dla zachęcenia. Daj znać graczom, że warto się starać. Z wolna każdy wypracuje swój styl, i sesje będą wyglądać coraz ciekawiej. Popracuj też nad swoimi opisami – szczególnie miejsc walki, bo od tego zależą interakcje między graczami a środowiskiem. I bawcie się dobrze tym systemem. O ile twoja pogrywa nie musi być bardzo realistyczna, stunty dodadzą jej efektów specjalnych.

Na wczorajszej sesji Exalted miałem pierwszy raz do czynienia z zasadami Mass Combat. I powiem szczerze, że jestem pozytywnie zaskoczony. Kiedy pierwszy raz oglądałem zasady Mass Combat w podręczniku Exalted, pierwszą moją myślą było „A po co mi to tak naprawdę?”. Przecież prowadzę grę opowiadającą o przygodach bohaterskich Wybrańców Słońca a nie jakąś symulację gry strategicznej. Rodział pominąłem. Ostatnio jednak gram jak Dragon-Blooded w pogrywie prowadzonej przez Jareckiego. I w zasadzie dowodzenie mam nawet wpisane w historię postaci. Kiedy więc nasz MG zapronownował nam użycie tych zasad, w sumie nawet mnie to zaciekawiło.

Zasady w podręczniku nie są opisane specjalnie pokrętnie, ale całkiem nowy zestaw statystyk i trochę inna mechanika z początku mnie nieco … zmęczyły. Dopiero lektura Mass Combat 202 z Exalted Wiki ( http://wiki.white-wolf.com/exalted/index.php?title=Exalted_202_Mass_Combat ) zapaliła mi jakieś żarówki. Najważniesza chyba informacja jaką tam znalazłem zawiera się w prostym stwierdzeniu: dowódcy Exalted „noszą” oddziały jak zbroje. I w sumie rzeczywiście do tego mniej więcej to się sprowadza.

Walka z zasadami Mass Combat nie jest tak barwna jak samymi postaciami – nie robi się efektownych wyskoków, opisów cięć w przeciwnika itp. elementów. Wydajesz rozkazy oddziałom, ustawiasz je na pozycji, wchodzisz w zwarcie z przeciwnikiem. Ale kiedy już dochodzi do walki, to w sumie walczysz postacią wspomaganą przez oddział. Uderzasz w przeciwnika Daiklavą, parujesz ciosy oddziałów uderzających na ciebie, używasz charmów. Zamiast HP, tracisz ludzi, twój oddział z wolna (albo szybko) topnieje, aż w końcu dowódca zostaje sam na polu bitwy. Nie będę tu próbował wchodzić w rozważania na temat tego jak bardzo rzeczywste są te zasady walki -> to w końcu Exalted. Ale jednego jestem już pewien – walki oddziałów są nie trudniejsze w prowadzeniu niż walki Exalted. Wymagają tylko przygotowania przed sesją (statystyki oddziałów). A wprowadzenie do kampanii elementów wojennych na pewno dodaje klimatu, szczególnie dla Dragon-Blooded. Bardzo polecam tą część podręcznika wszystkim MG Exalted RPG.

To niesamowite, ale pięć lat minęło odkąd aktywnie prowadziłem tego bloga. To prawie jak podróż w czasie. Poczytałem sobie trochę starych wpisów i zanim zaczne tworzyć następne, warto byłoby streścić co się działo i co się zmieniło w tym czasie.

W sumie bardzo mało miałem przez ten czas wspólnego z RPG. Większość czasu spędziłem grając w World of Warcraft, a proszę mi uwieżyć, MMORPG z graniem w RPG ma bardzo niewiele wspólnego. Tym niemniej cały czas kolekcjonuję ciekawe podręczniki do gier RPG, a szczególną miłością darzę system Exalted. Jakis czas temu wyszła druga edycja tegoż systemu, w mechanice dużo sprawniejsza niż poprzednia. Czytam co tylko wpadnie mi w ręce z tego świata (na gwiazdkę przychodzą do mnie 3 kolejne podręczniki).
Poza tym przez chwilę prowadziłem kilka sesji w system Orpheus, ale jakoś szybko nam się rozpadła kampania – brak porządnych pomysłów MG tak naprawdę. Do gier RPG wciągnął mnie spowrotem Jarecki zapraszając do kampani Exalted – Dragon-Blooded, co mnie przekonało do poprowadzienia krótkiej kampani z Solarami w roli głównej. Aktualnie gramy w drugi rozdział przygód naszych dzielnych Wybranych Smoczej Krwi.

A co się działo dokoła?
- wyszła 4 edycja D&D. I przyznam szczerze, nie mam ochoty jej ruszać.
- nie słyszałem o żadnym nowych systemie „supers”
- wyszedł nowy Warhammer RPG, i to nawet po polsku!
- PDFy stają się coraz poważniejszą metodą dystrybucji podręczników RPG. Mam jakiś post na temat PDFów sprzed 5 lat i nawet ciekawie go się czytało mając konto na http://rpg.drivethrustuff.com/ Ciągle jednak wolę porządne, wydrukowane i oprawione podręczniki.
- White Wolf został wykupiony przez CCP – dewelopera gier MMORPG (EVE-Online). Ciekawe co z tego wyjdzie.
- Exalted RPG wyszło po polsku. Zaskoczyło mnie to nieco, ale jakoś nie mogę przywyknąć do pomysłu zmiany języka. W sumie to może być całkiem klimatyczne znać nazwy tych wszystkich charmów po polsku, ale czy ja wiem….

No i na koniec, o czym zamierzam teraz pisać?
Na pewno dużo tu znajdziecie na temat Exalted. W tym momencie jest to jedyny system w który gram i który czytam. Poza tym czasem zapewne napiszę parę luźnich obserwacji na temat grania w RPG, zarówno od strony gracza jak i MG.

Jeśli ktoś będzie chciał dopisać komentarz, napiszcie proszę co ciekawego działo sie w światku RPG przez ostatnich kilka lat.

PS. pomalutku taguje stare notki, coby łatwiej było się poruszać po blogu. Kategorii będzie więcej niedługo.

I’m back…

Lata temu przestałem pisać na tym logu, ale z okazji niedawno odświeżonego zainteresowania RPGami chyba znowu zacznę. Na razie tylko notka testowa aby sprawdzić czy wszystko z blogiem ok i czy wszystko działa jak należy.

Wygląda na to że wszystko działa. Trwa czyszczenie bloga, usuwanie starych linków, niektórych wpisów do księgi gości i takich tam. Na razie niczego nie chce obiecywać, ale wygląda na to że jednak wracam do tematu.

Natasza wychowała się w domu dziecka. Ze swojego dzieciństwa nie pamięta zbyt wiele choć wyraźnie w jej pamięci odbił się dzień w którym zginęli jej rodzice. Miała wtedy jakieś pięć lat, oglądała razem z rodzicami telewizję. Kiedy wyszła do toalety, w dużym pokoju nastąpiła eksplozja – z całego pomieszczenia zostało bardzo niewiele. Strażacy zabrali ją do domu dziecka a oficjalna informacja mówiła o eksplozji gazu.
Jako młoda dziewczyna zdecydowała się nieść ludziom pomoc – została pielęgniarką. Była zdola i inteligenta więc niedługo po podjęciu pracy w szpitalu policyjnym rozpoczęła studia medyczne. Właśnie kończyła 3 rok studiów kiedy w jej życie wkroczyła magia. Z początku dosyć nieśmiało. Przez sny w których była różnymi dziwnymi osobami a których niesposób było zapomnieć po przebudzeniu. Przez dziwne zdarzenia które zaczęła dostrzegać wokół siebie – jak na przykład rany zadanie policjantowi jakoby przez dużego psa (a wyglądające sporo groźniej).
Była wczesna wiosna 1992 roku. Natasza została wezwana nagle do szpitala na Banacha ze względu na duży wypadek kolejowy – pociąg pasażerki uderzył, czy też został uderzony, przez towarowy wiozący jakieś chemikalia. Dużo rannych, niektórzy w dość złym stanie ze względu na poparzenia chemiczne. Natasza została więc przydzielona tam do pomocy.
W szpitalu był tłok – nie starczało miejsc dla rannych, lekarze nie nadąrzali z niesieniem pomocy, w jednej z dużych sal wystawiono mnóstwo łóżek gdzie pracownicy szpitala dwoili się i troili aby pomóc wszystkim potrzebującym. Tam właśnie trafiła Natasza. Jednak ogrom cierpienia, ilość ludzi których losy i życie zmieniały się właśnie z zastraszającą gwałtownością spowodowały u niej szok. Nie mogła się ruszyć, nie wiedziałą co zrobić – wszędzie widziała ludzi potrzebujących pomocy. I wtedy właśnie jej awatar się przebudził – Natasza w tej właśnie chwili zobaczyła splątane ścieżki przeznaczenia wszystkich tych osób. Wrażenie było przytłaczające i groziło popadnięciem w szaleństwo, ale jej awatar przyszedł jej z pomocą – ukazał się jej pod postacią anioła, który otulił ją skrzydłami i na chwilę skrył przed natłokiem wrażeń.
Przez resztę dnia Natasza pracowała jak w transie. Instyktownie wiedziała kto najbardziej potrzebował pomocy i w jaki sposób można było mu ulżyć najlepiej. Pomagała umierającym kontaktując ich z tymi których kochali, pomagała rannym diagnozując i odnajdując lekarzy. Raz tylko natknęła się na kogoś komy nie chciała pomóc – w jego przeznaczeniu było wiele bólu – zadawanego jego bliskim. Nie chciała mu pomóc a co więcej, wiedziałą że gdyby on odszedł, los wielu osób by się poprawił – tym niemniej mimo sprzyjających okoliczności nie potrafiła go zabić. Omijała to miejsce aż w którymś momencie zauważyła że ów pacjent nie żyje. Umarł bo przez pomyłkę ktoś podał mu niewłaściwe lekarstwo – w całym tym zamieszaniu takie rzeczy mogły się zdarzyć. Tym niemniej Natasza wiedziała, że to nie był tylko przypadek. Rozejrzała się po sali i zobaczyła że wychodzi z niej jakaś obca osoba, która wogóle tu nie pasowała i nie powinna tu być. Wysoki mężczyzna w długim czarnym płaszczu, ciemne włosy. Natasza wyszła za nim i dogoniła go na parkingu przed szpitalem.
Szczegółów ich rozmowy już nie pamiętam, ale Natasza rozpoznała tego mężczyznę. Widywała go już w snach – choć nie zawsze był on mężczyzną to jednak zawsze był sobą. W tych snach czasem była od niego młodsza, czasem starsza, zawsze jednak jedno z nich było nauczycielem a drugie uczniem. Mężczyzna przedstawił się jako Melchior a po krótkiej konwersacji powiedział jej, że jest magiem i że przyszedł tu aby ją odnaleźć i aby zostać jej nauczycielem. Natasza mimo obaw zgodziła się zostać jego uczennicą.
Ciąg dalszy najpewniej nastąpi.

Taaa… a miały być wakacje.
Jakiś czas temu poprosiłem o przerwę w prowadzeniu. Kolega przejął, rzucił w nas całkiem ciekawym pomysłem, wieć szybciutko stworzyliśmy nowe postacie i zaczęło się… tak naprawdę to się zaczynało przez 3 spotkania, potem kolejne opisy, kolejne opisy, kolejna sytuacja która jednak jakoś nic nie zmieniała w życiu postaci i tak dalej…
Przyznam szczerze, że trochę mnie rozczarowała ta „przygoda”. Miała być akcja ale gdziez zaginęła w opisach. Postacie bez pamięci może są i ciekawe na starcie, ale okazuje się, że na dłuższą metę to przeszłości strasznie nam brakowało aby móc tworzyć aktywnie przyszłość. Jedyne oparcie – tajemniczy „bóg-imperator” który miał nam coś wyjaśnić ciągle był daleko a z każdą kolejną sesją odsuwała się od nas perspektywa z nim spotkania. Szkoda, pomysł nadal uważam za nośny…. może innym razem (i sorki że tak bez konkretów, ale chyba nie do końca o tym chciałem napisać notkę).
No więc wynikiem tego jest to, że znowu zacząłem prowadzić zapuszczonego maga. Na razie powróciliśmy do wprowadzania postaci i idzie nam całkiem dobrze. Dla tych co mieli okazję czytać poprzednie notki, to ta sama przygoda w której biorą już udział Natasza (Eutanatos) i Tomasz (Syn Eteru). Dołączają do nich kolejne dwie postacie (których imion w tym momencie nie pamiętam): przyszła szamanka Dreamspeaker oraz malarz i artysta, na razie „sierota” pod czujnym okiem mistrza z Hollow Ones.
Pewnie będę niedługo streszczał ich wprowadzenia, na razie bardzo ładnie wszystko się posuwa do przodu. Chyba nawet mam pomysły, co zrobić z drużyną jak już się połączą.
PS. Właśne przeczytałem ostatnie 10 notek i (o zgrozo) zauważyłem wielkie niedopatrzenie. Jak się okazało, tak byłem zajęty zabawą w MMORPGi, że nie opisałem żadnego wprowadzenia w magu dla ostatnio poprowadzonej pogrywy. A jakże kolorowe i pełne akcji były! Postaram się ten błąd możliwie prędko naprawić i coś wam tu zamieścić. Ale to dopiero jutro.

nie mogę pozwilić, żeby nam blog zniknął z braku weny…..

Które skończyło się szybciej niż zaczęło.
Oto moja postać od miesięcy już zamknięta jest w zapomnianym przez bogów i ludzi realmie. Czas spędza monotonnie: jakieś ćwiczenia i czytanie ksiąg, które pozostały w tutejszej bibliotece, ksiąg, w których ze słabszym z każdym dniem płomykiem nadziei szuka jakiejkolwiek wskazówki, najmniejszej nawet, która pomogłaby jej się stąd wydostać.
I oto [zaczyna się wczorajsza pogrywa] zaczyna śnić, że znika. Że wsiąka w przejrzyste powietrze, że krzyczy coś i nikt jej nie słyszy. Słowem – jej czas w zaświatach może stać się wiecznością.
I nagle, pewnego dnia, niebo realmu ciemnieje i widać gwiazdy, łysy łeb księżyca i rosnący czerwony punkt, z którego po jakimś czasie wystrzela czerwony promień, rozszczepia się na 9 części i odbija od „kamieni węgielnych” realmu [czy jakkolwiek je zwał, pierwszy raz je zobaczyła na oczy moja postać od miesięcy uprawiająca spacery na tych dwóch kilometrach kwadratowych].
Różne dziwne zjawiska zachodzą, więzień chwyta bagaż i w nadziei na przypadkowe otwarcie przejścia biegnie do niego.
W zasadzie to nawet nie jest specjalnie rozczarowana, że jednak nic z tego.
Kiedy jednak przyglada sie czerwonej rozgwiaździe, która po odbiciu tworzy rozgwiazdę błękitną, widzi, że dwa promienie nie odbijają się, układ jest zaburzony i błękitny strumień zamiast – jak się domyśla – wracać do gwiazdy, celuje prosto w „szklaną bańkę” otaczającą teraz realm. Idzie więc w miejsce „przebicia”(?), w miejscu zetknięcia z „bańką” strumień rozlewa się lekko i opalizuje.
I co z tym zrobić?
Rzuca patyczek w strumień, zawisł, zjechał na ziemię.
No tak, bardzo to było informacyjne, rzucanie kolejnych przedmiotów też zapewne będzie… Zbliża ręke, włoski stają dęba, jakby elektryczność. Hm… nie decyduje się tego dotknąć, nie wie, co jeszcze mogłaby zrobić, więc siada i przygląda się, aż zjawisko jak się zaczęło, tak kończy.
Koniec na dzisiaj!
Ja gracz – domyślałam się, że to jakaś szansa wyjścia, ale niestety – ja gracz nie wiedziałam jak moja postać mogłaby zjawisko zbadać. Ja gracz nie mam zwyczaju rzucać moich postaci w „hurra! ale nieznane! może tam umrę, ale jak nie to pewnie będzie fajnie!”.
Jedyną podpowiedzią jaką dostałam było:
- Ty masz prime, prawda?
- Nie mam.
To wszystko.
Najbardziej przykrą rzeczą jaką usłyszałam było „i to jest właśnie problem, że powinienem cię ciągnąć, żebyś zrobiła cokolwiek”.
Jasne, po wszystkich tych pogrywach [poprzednie części wprowadzenia] w których moja postać zwijała się jak mrówka, szukała rozwiązań w sytuacjach bez wyjścia, walczyła z przegranej wyraźnie pozycji, próbowała zmienic rzeczy, ktre były już ustalone.
Jak miło.
Tym razem, jak się okazało, fabuła też była liniowa, masz skręcić za ten winkiel, co za niespodzianka! poszłaś prosto, to na dziś dziękujemy.
To było strasznie dołujące doświadczenie. Najbardziej chyba to, że naprawdę nie miałam pomysłów, i nie dostałam nawet cienia podpowiedzi.
thea.

[by Jarecki]
Każdy chyba ma taki system RPG albo dwa który lubi, wielbi i hołubi. Systemy, w których czuje się dobrze, pomysły na postać / przygody przychodzą same a klimat na sesji pojawia się sam, bez wymuszania. Z tego co wiem dla Dzikusa takim systemem jest Mag: Wstąpienie, do którego ciągle go ciągnie a na pewno „magowe” widzienie świata objawia się u niego dość często.
Ja mam dwa takie systemy. O jednym, że jest moim faworytem wiedziałem od dawna, odkąd się z nim zapoznałem. O drugim zorientowałem się niedawno, kiedy razem z przyjaciółmi postanowiliśmy zacząć w niego nową kampanię.
Pierwszym systemem w którym się zakochałem (a jest to miłość tragiczna) jest Ars Magica. Powiem wam, że uwielbiam go, choć grać czy prowadzić, miałem niewiele okazji. System niestety jest tak specyficzny, że wymaga szczególnego nastawienia graczy. A tych jakoś ciężko mi zebrać do kampanii.
[przy okazji dokonam paskudnej autoreklamy, że po sieci krąży moja przygoda do ArM „Trzy róże, dwie wrony” jakby ktoś chciał przeczytać, czy skorzystać proszę uprzejmie: KLIK
Drugim okazała się Legenda Pięciu Kręgów. Po ustaleniu, że rozpoczynamy znowu w nią grać zapanowało radosne ożywienie (jak przy wizycie nekromanty na cmentarzu). Pomysły na postacie, koncepcje drużyny, rozmowy o systemie, jakby wszystkim nagle i gwałtownie odezwała się jakaś dawno nie karmiona część duszy.
Od razu się przyznam, że lubię Japonię i jej specyfikę. Nie jestem jednak wielkim japonofilem, po japońsku nie mówię, ery w jej historii mi się mylą (swoją drogą ostatnio pożałowałem pieniędzy w empiku na przepiękną książkę o mieczach samurajskich… oj, chodzi za mną)
Wracając do ad remu, to system ten urzeka swoją specyfiką. Świat jest cudowny i złożony, mechanika dopasowana, aż samo to wszystko wymusza odpowiednie zachowanie na sesji i utrzymanie klimatu. Zielona herbata, wymiany pokłonów i uprzejmych uwag pomiędzy graczami, poczucie tryumfu gdy udało się pokrzyżować plany Gromów Fu-Lenga i poczucie pustki, gdy machinacje własnego klanu zmusiły postać do popełnienia seppuku.
Przypomina mi się kolega, który rozsiadłszy się wygodnie na dywanie wydawał dyspozycje swoim sługom z miną prawdziwego daimyo.
Było pięknie, mam nadzieję, że będzie się grało równie dobrze.
A wy, drogie nieliczne grono czytelników rpg.blog, czy macie takie ukochane systemy, czemu ten a nie inny?
Jarecki

A jakby tak blog wyparował, to co?

[a teraz powinnam napisać cos na temat. jasny gwincior, po co mi to było]

Hmmm…. To może: lubię grać z ludźmi, z którymi łączą mnie też relacje pozaerpegowe. Oni przychodzą, możemy pogadać i pośmiać się, zanim zacznie się pogrywa. Nie mam nic przeciw krótkim przerwom w trakcie gry, kiedy nagle wszyscy zaczynają gadać na jakiś od czapy temat, bo im się skojarzyło – byle nie za długo. Osoby, które przychodzą, zasiadają w fotelu i w kółko powtarzają „to kiedy w końcu zaczniemy”, „możemy grać dalej?” działają mi na nerwy. Chociaż w zasadzie tak samo jak łosie, które nie są w stanie skupić się na grze i non stop przeszkadzają i psują klimat, lub co gorsza nie dają ludziom szansy na wczucie się i nastrój. W końcu jeśli zbieramy sie w określonym celu: „pograć”, to trzymajmy sie tego. Niekoniecznie niewolniczo, wystarczy mniej-więcej ;)

thea


  • RSS