Czasem zastanawiam się jak to jest, że niektóre sesje wychodzą tak dobrze. W czym tkwi tajemnica sesji trzymających w napięciu do 3 nad ranem tak, że nikt nawet nie zauważa nadejścia tak później godziny.
W ostatni czwartek prowadziłem kolejną sesję Warhammera – postacie wielce zaawansowane (już pomału nie mają czego rozwijać), kolejny tom Kamieni Zagłady: „Krasnoludzkie Wojny”. Drużyna dociera do zapomnianej twierdzy krasnoludów i o dziwo znajduje tam sporą ekspedycję krasnoludzką. Trójka bohaterów: krasnoludzki wojownik, mag i kapłanka udają się (po rozbrojeniu) na rozmowę z przywódcą wyprawy, zaś elfy i szlachcic czekają na zewnątrz. Krasnolud podczas rozmowy pokazuje przywódcy jeden z kamieni zagłady i opowiada o tym, że mają jeszcze 2 inne, zaś gdzieś w podziemiach jest ukryty czwarty „i po niego tu przybyliśmy”. Jak się okazuje, krasnoludom to jednak nie do końca pasuje – zapada więc na nich wyrok śmierci. Nieświadoma niczego drużyna negocjatorów jest prowadzona gdzieś na górę i tam wypuszczany na nich zostaje 10-osobowy oddział krasnoludów. Elfy oraz szlachcic prowadzone są (po oddaniu dobrowolnym całej broni) do innego pomieszczenia i tam otoczone przez drugi oddział – w sumie 15 krasnoludów, w tym dowódcę.
Jak już im to wszystko opowiedziałem, sam się trochę całej sytuacji przeraziłem. W zasadzie śmierć pewna. Bez broni (zbroje mieli), otoczeni nie przez jakieś badziewne gobliny ale wyszkolonych krasnoludzkich wojowników, nie mieli w zasadzie szans przeżyć. Bitwa rozpoczęła się gdzieś między 22.00 a 23.00.
Około 1.00 wiedzieliśmy już, że pierwszej drużynie uda się przeżyć. Mieli trochę szczęścia, trochę dobrych pomysłów i zaklęcia/pomoc bogów/runiczną broń. Ale sytuacja u elfów była napięta – banda krasnoludów twarda była, elfii wardancerzy jednak zwinni (i twardzi) ponad miarę i nie dali się łatwo zranić. Szlachcic z przeszkolenia zabójca też nie dał się przeciwnikowi i jak tylko wydarł topór z rąk jednego z zabitych przez elfy krasnoludów, to pokazał jak uczynić z niego narzędzie niosące śmierć.
W każdym razie z pewnym zdziwieniem w trakcie tej walki stwierdziliśmy „o… już po drugiej”. Zwykle kończymy około 12-1 bo już ludzie śpiący i trzeba iśc do pracy rano, a tu tym razem zaskoczenie pełne.
W każdym razie to co mnie zdziwiło, to jak mocno wydawało by się mało sensowne rzucanie kostkami potrafiło wciągnąć nas na długie godziny. Gracze naprawdę czuli się poważnie zagrożeni i udało im się z tego wyjśc głównie dzieki swoim umiejętnościom i wielkiemu szczęściu.
Wydaje mi się, że bez kostek nie udało by się z tej sytuacji wyprowadzić tak wiele dramatyzmu. Zaś element szczęscia i losowości powodował, że do samego końca starcia nie było wiadomo czy nie nadejdzie dla którejś z postaci ten finalny cios, który położy ją ostatecznie.
To była prosta sesja. I jakże satysfakcjonująca.